Kurs cudów

W pewnym momencie zagadnąłem: – Czy udało ci się przeżyć jakieś wizualizacje? – „Kurs Cudów” wspomina o takich możliwościach. Nieco zaskoczony pytaniem, po chwili zawahania, potwierdził. Przyznał, że kiedy samotnie medytował w swoim pokoju, poczuł, że ktoś go obserwuje. Gdy otworzył oczy, zobaczył stojącą koło siebie postać, która po chwili zniknęła. Innym razem ta postać miała go obserwować z góry, spod sufitu.

Nie bałeś się?, drążyłem dalej.

Pierwszy raz się nieco przestraszyłem, jednak Kurs uczy, że to tylko iluzja, materializacja energii. Tych osób tak naprawdę nie ma.

– A może to, co widzisz, to nie energia, tylko zły duch, Szatan?, nie ustępowałem.

Szatan nie istnieje! To tylko relikt średniowiecza, uśmiechnął się ironicznie.

Postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę i zagrać va banque.

– Nie istnieje? Jeśli tylko zechcesz, to udowodnię Ci, że się mylisz. W pobliskiej rudzkiej parafii pw. św. Wawrzyńca jest osoba opętana i możemy się z nią spotkać podczas poniedziałkowej modlitwy grupy charyzmatycznej, na którą uczęszcza…

– Dobrze, skwitował moją propozycję nieodłącznym uśmiechem. – No to do poniedziałku!

Poniedziałek

W poniedziałkowy wieczór weszliśmy do przykościelnej salki. Charyzmatycy byli zatopieni w modlitwie uwielbienia. Jedna z osób stojąca nieco z tyłu, zaczęła się nagle nienaturalnie skręcać, wić. Z jej ust wydobywał się niski, przerywany cichym, lecz zarazem szyderczym śmiechem głos, mówiący coś w nieznanym mi języku. Na ten widok, stojący obok mnie młody niedowiarek, ironicznie się uśmiechnął. W tym samym momencie opętany spojrzał na niego zimnym, ostrym i zarazem gwałtownym spojrzeniem. Pod wpływem tego spojrzenia, uśmiech dosłownie zastygł na wyraźnie przerażonej twarzy chłopca.

Po zakończonych modlitwach opętany „wrócił do siebie”, chociaż miał jeszcze zauważalne problemy z mówieniem (wcześniej, podczas manifestacji Złego, mówił płynnie). Mój młody towarzysz podszedł do niego i dłuższą chwilę ze sobą poważnie rozmawiali. Ta rozmowa musiała dać chłopcu sporo do myślenia, bo w drodze powrotnej nie odezwał się już do mnie ani słowem, a po lekceważącym uśmiechu nie było śladu…

Strony: 1 | 2