Ojciec ubogich – Święty Marcin de Porrès

Lewitacja

Przy okazji innego trzęsienia ziemi ojciec Pedro de Mendoza powstał z modlitwy przed ołtarzem różańcowym. Akurat miał zamiar rzucić się do ucieczki w obawie o własne życie, kiedy podniósł wzrok i dostrzegł coś, przez co osłupiał, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. W górze, wzniesiony nad ziemię na wysokość figury świętego Dominika, znajdował się brat Marcin. Zupełnie nieporuszony gwałtownymi wstrząsami, modlił się spokojnie w stanie przypominającym ekstazę i z jaśniejącą twarzą. Posąg świętego patrona wydawał się nieco ożywiony w odpowiedzi; nic zatem dziwnego, że ojciec de Mendoza długo nie mógł oderwać wzroku od tego widoku. Następnie przepełniło go poczucie bezpieczeństwa i opieki ze strony założyciela zakonu. Z powrotem uklęknął na swoim miejscu i zanurzył się w modlitwie.

Wielu zakonników było świadkami zewnętrznej manifestacji Marcina przyciąganego w górę, w stronę krucyfiksu lub innego świętego wizerunku, widziano go także zstępującego z góry. Kiedy ojciec Antoni Arce umierał, zapragnął zobaczyć Marcina u swojego boku. Kilku księży popędziło korytarzami w poszukiwaniu brata, którego znaleźli w siedzibie kapituły, wiszącego w powietrzu z ustami przytkniętymi do przekłutego boku ukrzyżowanego Pana. Kiedy zniżył się do nich, powiedział:

–Powiedzcie ojcu Antoniemu, żeby więcej nie obciążał się już żadnymi terapiami czy lekami, ale niech przygotuje się na śmierć. Musi teraz podążyć drogą, którą wszyscy kiedyś pójdziemy.

Ojciec Arce zmarł czternaście godzin później.

Inne znaki Bożej łaski i płomiennej miłości, którą darzył Go Marcin, zostały zaobserwowane przez członków zgromadzenia, gdy promienie wspaniałego światła pojawiły się wokół niego jak najprawdziwsza aureola, a także gdy jego twarz płonęła również w ciemnościach blaskiem.

Marcin był wielce oddany swojemu aniołowi stróżowi i wszystkim aniołom świętym. One same wydawały się z kolei oddane jemu. Będąc szczególnie oddanym Maryi Dziewicy, Marcin zawsze brał aktywny udział w godzinkach, odmawianych we wczesnych godzinach porannych, najprawdopodobniej przed godziną trzecią w nocy. Pewnego razu musiał być na nie spóźniony lub stanęło mu coś na przeszkodzie, bo kilku zakonników widziało go pędzącego w asyście dwóch aniołów. Innego razu widziano go w eskorcie czterech aniołów, widzialnych w postaci pięknych młodzieńców trzymających świetlne pochodnie.