Ojciec ubogich – Święty Marcin de Porrès

Niemile widziany gość

Jedynym niemile widzianym gościem, który przekroczył próg pokoju umierającego, był diabeł we własnej osobie. Namawiał on Marcina, aby przestał odmawiać swoje modlitwy i zaczął patrzeć na siebie jak na świętego – święci przecież nie potrzebują modlitw ani miłosierdzia. Wobec tak podłych zamiarów nieczystego ducha zakonnik podwoił swoje pokorne starania, lecz nie udało mu się odgonić od siebie potwora. Trwał on dalej w swoim zamiarze przełamania woli człowieka, a bracia obserwowali tę walkę w napięciu, wspierając Marcina swoją szczerą modlitwą. W końcu jeden z nich nie wytrzymał i krzyknął:

– Bracie Marcinie, nie kłóć się z demonem, który potrafi swoimi sofizmatami sprawić, by białe wyglądało na czarne i czarne na białe.

Na te słowa Marcin otworzył oczy i z łobuzerskim uśmiechem zapewnił zakonnika:

– Bracie, nie lękaj się! Demon nie będzie marnował sofizmatów na kogoś, kto nie jest teologiem. Jest zbyt dumny, żeby używać ich przeciwko biednemu mulatowi!

W obliczu tak żartobliwej ironii Szatan przerwał swój atak na chwilę. Miał powrócić dopiero po jakimś czasie z nową taktyką, by przerazić Marcina i nakłonić go do zwątpienia. W tym momencie jednak święty zapewnił swych towarzyszy, że Maryja Panna, święty Józef, święty Dominik, święta Katarzyna z Aleksandrii i święty Wincenty Ferreriusz byli obecni przy jego łożu i wspierali go w tym trudnym momencie śmierci.

Gdy ta zbliżała się coraz bliżej, Marcin żarliwie przyjął ostatnie sakramenty. Po gwałtownym ataku dał znak, że nastał czas, aby zwołać członków zakonu. Nawet i uzdrowiony przez niego arcybiskup Meksyku zjawił się wśród licznych dominikanów. Objąwszy ręce na krucyfiksie, niegdyś tak często przez niego całowanym w modlitwie, Marcin poprosił o przebaczenie za wszystkie urazy, jakie kiedykolwiek komukolwiek mógł spowodować i wyznał, że zachowywał się zbyt niestarannie w swojej służbie Bogu. Poprosił też o modlitwy za swoją duszę.

Zgromadzeni pogrążyli się więc w modlitwie za umierającego. Po wyśpiewaniu Salve Regina rozpoczęli recytację wyznania wiary. Przy słowach „Et homo factus est” („I stał się człowiekiem”) Marcin, z krucyfiksem w skrzyżowanych dłoniach i uśmiechem na ustach, odszedł z tego świata, przybierając wygląd jakby pogrążonego we śnie dzieciątka. Było to około godziny dziewiątej wieczorem dnia 2 października roku 1639. Marcin przeżył równe sześćdziesiąt lat swojego życia, czterdzieści cztery z nich spędziwszy na posłudze Pańskiej jako dominikanin.

Gdy modlitwy dobiegły końca, arcybiskup był do tego stopnia przejęty, że słowa więzły mu w gardle i nie mógł wydać z siebie nic ponad dwa zdania:

– Moi drodzy, brat Marcin pokazał nam właśnie, jak powinno się umierać. To najtrudniejsza i najważniejsza lekcja, jakiej można się nauczyć.