Wolność jaką daje Bóg

Więzienie mocno ogranicza możliwości grzechu. Jednak w końcu wychodzisz i zderzasz się ze światem, musisz radzić sobie w pełnej wolności. Przeszedłeś do tej nowej rzeczywistości z Panem Jezusem?

Tak, bo właśnie muszę powiedzieć, że Pan Jezus przygotowywał mnie do tego. Już wcześniej słyszałem z ust niektórych, że „ty nie dasz rady”. Jeden więzień powiedział: „Piotr Pana Boga chce oszukać. W więzieniu tylko się stara, a potem wyjdzie i będzie robił to samo”. Były potem głosy, że jestem zamknięty, nie mam dostępu do pokus, dlatego na wolności nie dam sobie rady. Pan Bóg dawał mi wszystkie opcje do przemyślenia, Przygotowywałem się na to na trzy lata przed wyjściem. Wiedziałem, że jestem narkomanem, alkoholikiem, lekomanem.

I co dalej?

Pojawił się pomysł od kolegi, żeby wyjść za pieniądze. On mi chciał pomóc, ale ja sobie pomyślałem, że skoro siedziałem za oszustwa, to jeżeli to ma być coś szemranego, choć nasz kolega chciał dobrze, to ja chcę zaufać Panu Bogu. Powiedziałem koledze: „Nie gniewaj się, wiem, że chcesz mi pomóc, ale ja chcę po prostu, żeby Pan Bóg zadecydował o mnie, nawet jeśli mam siedzieć dwa lata dłużej”. Pamiętam to jak dziś.

Okazało się, że plan Boży był oczywiście dużo lepszy ponieważ musiałem przejść jeszcze sześciomiesięczną terapię, na której dużo się dowiedziałem. Gdybym jej nie przeszedł, być może trafiłbym w dalsze problemy. Ponieważ ja cały czas myślałem, że kiedy wyjdę, to będę sobie piwko pił. Ale jak człowiek jest uzależniony, to nie może ani po piwko sięgnąć, ani po jakąś kreseczkę, ani po nic, bo zaczyna się to samo. I wtedy właśnie jedno piwko mogłoby spowodować, że za dwa tygodnie bym już pił dwa dziennie, w końcu bym po papieroska szedł, po narkotyk i tak dalej.

Pan Bóg mnie umocnił w całkowitej wstrzemięźliwości. Na terapii postanowiłem przed Chrystusem, że nie będę tego robił, To On dał mi taką moc i wyszedłem już po terapii, będąc całkowicie przygotowanym do wolności, nie chcący pić, nie chcący palić, nie chcący brać narkotyków.

Co dalej, po wyjściu?

Od razu pojechałem do mamy. Miałem takie pragnienie w sercu, po tylu krzywdach, które jej wyrządziłem. Chciałem do niej pojechać, żeby zobaczyła, że jestem dobry, żeby ją umocnić, że nie piję, nie palę, że się będę starał.

Poszedłem do pracy do tego kolegi, bo bardzo mi pomagał już wcześniej. Nauczyłem się na nowo kontaktu z klientami, bo przecież byłem jak zwierzę. Nauczyłem się obsługi komputera, wysyłania maili, nabrałem ogłady.

Tak więc Pan Bóg nie zostawia człowieka ot tak. Kiedy człowiek naprawdę uchwyci się Pana Boga i staje z Nim w prawdzie, takim jaki jest i całkowicie Mu ufa, to mimo tego, że się potyka, że jest słaby, mówi: „Twoja wola niech się wypełnia”. Pan Bóg stoi wiernie przy człowieku. Ważne, żeby przy tym Bogu też stać i ufać. Ja całkowicie Mu się oddałem. Powiedziałem: „Nie chcę nic od nikogo, Panie Boże, chcę tylko od Ciebie to, co Ty dajesz. To jest bezpieczne, Tobie zaufałem, Ty mnie prowadź!”.

Nigdy mnie jeszcze nie zostawił, nawet jak na początku szatan mnie straszył, że jak upadłem, czy zgrzeszyłem, nie wyszło mi, to zaraz miałem lęki, że Pan Bóg mnie teraz ukara, że coś zabierze, że ode mnie odejdzie. A to wszystko Pan Jezus prostował właśnie taką miłością. Ja Go kocham po prostu i chcę być dobry, już nie, że ze strachu, tylko z miłości i wdzięczności. Poznałem już, że Jego drogi są dobre.

Po trzech miesiącach od wyjścia o mało nie najechałem autem na jakąś panią. Wyszedłem i chciałem już ją chyba wyzywać, ale patrzę: siostra z bractwa! „Witam, no to musimy się spotkać!”. Okazało się, że zaczynają się katechezy wprowadzające. Na wszystkich byłem, przyjęli mnie jako jedynego. W ten sposób Pan Bóg mi pomógł no i zacząłem chodzić na Eucharystię. Tam się modliłem, a rano codziennie słucham Słowa Bożego i homilii w Radio Maryja. I tak mnie Pan Bóg trzyma. Jestem już na wolności dwa lata i nie chcę pić, nie chcę ćpać, bo to mi nic nie daje. Mam coraz lepsze myśli, jestem coraz zdrowszy, coraz bardziej ludzie mi ufają. Owoce Boże po prostu tak się rozmnożyły, że ja już naprawdę nie chcę. Wiadomo że to z miłości, ale nawet gdyby nie było tej miłości to sama mądrość Boża wychodzi w tych owocach.

Wracając do bractwa więziennego, rodzi się takie pytanie. Co przeciętny katolik, który chciałby coś zrobić dla więźniów, może uczynić? Czego więźniowie potrzebują najbardziej?

No to właśnie mam tu podkreślone, co już przygotowałem. Miałem takie natchnienie, że coś mam tobie powiedzieć. W więzieniu przychodził ktoś, kto mógł odpowiedzieć mi na moje pytania dotyczące Boga. Rozszerzyć to, co sam miałem pod ręką i w głowie. Jak gdyby usta Boże. Jeżeli mówimy o więźniach wierzących, pomocą jest właśnie Pismo Święte, takie źródła, z których on mógłby się dowiedzieć o Chrystusie. Natomiast o niewierzących, uważam, że na siłę nie wolno ewangelizować. Na pewno trzeba mu dać poczucie bezpieczeństwa. Trzeba starać się w nim wzbudzić taką jakąś relację, zaprzyjaźnić się, nawet na początku nie mówić o Bogu, tylko dać od siebie coś po prostu jako osoba. Czy wysłać list, czy wpłacić na wypiskę, czy wysłać paczkę czy kawę. Nie naciskając tego człowieka w kierunku Boga, ale powiedzieć mu, że ja kocham Boga i robię to z tego powodu. Bo kiedyś w jego sercu padnie to pytanie wobec ciebie albo wobec Boga: „Dlaczego ta osoba pomaga? Kto to jest?”.

Trzeba dać miłość, która jest wyrażana we wszelaki sposób. Czy to list, czy widzenie, czy załatwienie jakiejś sprawy. Żeby on poznał, że jest miłość. On sam zacznie się interesować. Pan Bóg mu powie: „To ja jestem w rękach tego człowieka. Bo ten człowiek mnie kocha.” To samo się urodzi w tym człowieku. Chrystus mówił, żeby po prostu pokazywać swoimi czynami. Nieważne, kto kim jest, trzeba pomagać nawet niewdzięcznikom, pomóc tym niewierzącym i to samo z siebie zrodzi później wdzięczność i zastanowienie. A Pan Bóg już sobie poradzi.

Ważne jest też to, że wiedziałem, że ludzie z bractwa kochają Boga. Że są szczerzy i nie ma w nich podstępu wobec mnie. Że mogę im ufać, że chcą dla mnie dobrze, tak jak Bóg. Nie mają interesu, by mnie okłamać, tylko chcą służyć Bogu. Bo wiesz, więźniowie to przeważnie są ludzie, którzy popadli w zło najczęściej świadome i dotknęli zła, dotknęli owoców tego zła. Generalnie bagno. I w takim świecie nie ma zaufania, nawet jak sprzedaje się narkotyki. Nie ma takiego całkowitego bezpieczeństwa, szczerości. Zawsze się człowiek obawia, że drugi mu weźmie, że go zabije, albo sprzeda, że ktoś go napadnie. To jest świat, w którym jest właśnie zawiść, zazdrość ta cała ciemnia szatańska. I on może nawet nie wiedzieć, że jest inny świat.

Jeśli ktoś chciałby się włączyć do bractwa więziennego albo w czymkolwiek pomóc, co można zrobić?

Tutaj nie ma jednego szablonu. Może być człowiek, który będzie potrzebował, żebyś mu słał tylko pocztówki i będzie się cieszył. Będzie taki, który będzie potrzebował książkę albo żebyś mu przypilnował syna, żeby chodził do szkoły. Żebyś mu dobre słowo powiedział. Różne ludzie mają potrzeby, jeżeli będą mogli tobie ufać i to będzie szczera pomoc, no to piękny dar dla takiego człowieka. To niesiesz mu Chrystusa, nie ma większego daru, jak zanieść komuś Pana Jezusa!

W każdym mieście jest bractwo więzienne, oni cię chętnie zawsze przyjmą, szczególnie osobę, która nie jest karana. Zostajesz wolontariuszem i chodzisz do zakładu karnego.

Jak wyglądają takie spotkania?

Strony: Pierwsza | ← Wcześniej | 1 |2 | 3 | Dalej → | Ostatnia