„Oto daję ci moją Matkę. Zaufaj mojej miłości”

Mimo tego nie potrafiłem definitywnie zerwać z używkami. Zażywałem coraz więcej i częściej. Zacząłem leczenie w poradni zdrowia psychicznego oraz terapie u psychoterapeutów. Mój organizm i psychika były coraz bardziej zdewastowane, uciekałem w świat muzyki i w praktyki ezoteryczne: manipulowanie energią, piramidy, wahadełko, hiperwentylację płuc. Zgłębiałem tajniki dalekowschodnich praktyk medytacyjnych i wiedzy okultystycznej, interesowałem się demonologią, spirytyzmem i zjawiskami ufo – jednym słowem wszystkim, co było za czarną zasłoną. Moje wnętrze stało się wyjałowione, przestałem interesować się życiem, przyszłością, nauką. Zdałem maturę, ale o studiach przez kilka lat nie myślałem, jedynie o imprezach, zabawie i towarzystwie, aczkolwiek narkotyki stanowiły, w połączeniu z praktykami duchowymi, wrota do doznań, które mnie intrygowały, wzbudzając zarazem strach. Wchodziłem w świat iście demoniczny, płacąc wysoką cenę – poważnymi zaburzeniami wszystkich sfer egzystencji, do tego stopnia, że depresje i nerwice powodowały natłok myśli i pragnień suicydalnych. Moim tłem stała się śmierć, wizje, które przeżywałem i przenosiłem do świata zewnętrznego, słowami – do wierszy i opowiadań. Wyraz mojej twarzy i spojrzenie były odbiciem duchowej pustki, jej echa, które odbijało się niemym krzykiem. Doszedłem do etapu, gdy miałem wrażenie, iż nic nie może mi pomóc, ani hospitalizacje i detoksy, terapie, grupy modlitewne i modlitwy. Krzyczałem – dosłownie i w głębi mej duszy. Przeraziłem się, że umrę, lustrzane odbicie mej twarzy zaczęło mnie straszyć. Płacząc błagałem Boga o pomoc, bo nie znajdowałem jej, bojąc się, że umrę – a ta świadomość stała się dla mnie powszechna!

Rodzice nie ustawali w modlitwie, zawierzali mnie nieustannie Najświętszej Dziewicy. Mama od długiego czasu proponowała mi drogę Wspólnoty Cenacolo – tj. Wieczernika, której dom powstał w naszym mieście. Nie chciałem o tym słyszeć, jednak latem 2004 r. zmieniłem zdanie. A pomogła mi w tym Matka Najświętsza! Przebywając w Medugorje, spowiadałem się u księdza Marka, misjonarza, który przy tym sanktuarium pełnił posługę dla polskich pielgrzymów. Wysłuchawszy, podsunął mi propozycję – bym wstąpił do tej wspólnoty. Akurat On doskonale mnie rozumiał i wiedział, co mówi. Zapewnił również, że będzie modlił się dożywotnio za mnie. Niebawem miał opuścić piękne Bałkany i udać się z posługą na Syberię. Po około miesiącu zdecydowałem się poważnie walczyć o swoje życie. Na pomoc przyszedł mi ksiądz Artur G., który stał się mym chwilowym powiernikiem i spowiednikiem. To dzięki niemu utwierdziłem się w propozycji ojca Marka i z jego pomocą wstąpiłem do Wspólnoty, w której zaczął się nowy etap w mym życiu. Również ksiądz Artur obiecał mi dożywotnią modlitwę.

W opiekę wzięła mnie Najświętsza Maryja – trafiłem do Jej wspólnoty! Czekał mnie ciężki, lecz owocny czas, w którym poznawałem siebie, swoje reakcje, a przede wszystkim miłość, którą proponuje mi Zbawiciel – miłość, którą daje w sakramentach, Adoracji oraz rozważaniu Swego Słowa i tajemnic różańcowych, które odmierzają czas każdego dnia tej wspólnoty. Znajdowałem się pośród mężczyzn z podobnymi trudnościami, z którymi wspólnie przezwyciężałem wady i nawyki poprzez wspólną modlitwę, rozmowy i pracę. Uczyłem się trzeźwego myślenia i działania, odpowiedzialności za swoje słowa i czyny.

Mój stan zdrowia dał o sobie znać, po ponad pół roku opuściłem wspólnotę. Czekała mnie półroczna seria zabiegów chirurgicznych, a także leczenie alergii i astmy, poliglobulii i cukrzycy, którą podejrzewano. Powstał poważny kłopot – co z dalszym wychodzeniem z nałogu? Pomoc zaoferował katolicki ośrodek pod Kielcami, który miał podpisaną umowę z NFZ. Uzyskałem zgodę na pobyt, z obiecaną pomocą medyczną. Bóg miał jednak swoje plany, gdyż po dwóch tygodniach odesłano mnie do domu. Spotkałem się z różnymi zarzutami, podważano moje choroby, twierdząc, że są urojone oraz że… Modlę się zbyt wiele!

Odtąd musiałem zderzać się z realiami świata „zewnętrznego”, z nabytą wiedzą, mając przede wszystkim tę siłę, jaką nabrałem w Cenacolo i po przykrym doświadczeniu z drugiego ośrodka. Niezwykle cennym doświadczeniem duchowym był mój kilkudniowy pobyt w Tyńcu. W tym czasie przekroczyłem sferę, która wywarła na mnie swe piętno. Mój duch nabrał w ciszy wielkiej mocy, w zatopieniu się w jakże wymownej ciszy, która przemówiła swym majestatycznym głosem. To było niczym trampolina – odbiłem się od problemów duchowych, oschłości i cierpienia, lecąc szybkim tempem pod sam firmament, zatapiając się w ramionach Zbawiciela…

Hartowałem się, zbroiłem do walki, która dopiero miała nadejść. Siłą był Duch Święty, łaska – stąd modlitwa i życie sakramentalne stały się elementem najważniejszym każdego dnia. Miałem świadomość, że bez modlitwy i sakramentów nie przetrwam, lecz upadnę. Natomiast nie miałem wiedzy, co mnie wkrótce czeka, jak Bóg prowadzi mój proces uwolnienia i uzdrowienia. Prawdziwa walka miała zacząć się niebawem, i to z największym przeciwnikiem.

Warunkiem wspólnego mieszkania, postawionym przez Rodziców, były nasze wspólne wyjazdy na Msze Święte o uzdrowienie, które prowadził ksiądz Włodzimierz Cyran – moderator Wspólnoty Przymierza Rodzin Mamre. Chętnie zgodziłem się, gdyż kilka lat wcześniej uczestniczyłem w tej Mszy i wiedziałem, że to może przynieść jedynie samo dobro. W trakcie pierwszego spotkania modlitewnego, ksiądz moderator podszedł do mnie i zaczął rozmowę, po której rozpoczął modlitwy z nałożeniem rąk. Zacząłem trząść się, stojąc w miejscu odbijałem się, jak piłka, a moje wnętrze było wypełnione błogim pokojem i wielkim żarem. Po kilku takich modlitwach otrzymaliśmy propozycję, by wziąć udział w rekolekcjach ewangelizacyjnych, które ksiądz miał prowadzić za kilka miesięcy. To po nich zdecydowaliśmy się przystąpić do WPR i iść wspólnie za Bogiem, tym bardziej, że objawy, które przeżywałem na modlitwie należało wciąż omadlać. Za radą moderatora nawiązałem kontakt z głównym diecezjalnym kapłanem egzorcystą – księdzem Michałem Wolińskim, który po rozmowie i zorientowaniu się chętnie podjął się prowadzenia modlitw. Nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji, z tego, co dopiero zaczynało się i że oprócz walki o trzeźwość rozpocznę walkę, a właściwie wojnę, bo to starcie będzie decydujące, o prawdziwą wolność. Przeciwnik jeszcze jakby spał…

Mój pogański i bałwochwalczy styl życia – praktyki ezoteryczne, hulanki, używki i muzyka, sztuki walki, stanowiły wyłom, który naraził moją osobę, całe jestestwo na grzech i zniewolenie. Brak Boga i prawdziwej relacji z Nim stanowił pole popisu demonów, które czyniły ze mną to, co chciały, a na co im nieświadomie zezwalałem. Teraz, kiedy zacząłem życie duchowe, regularne trwanie w liturgii, Pan zrywał kajdany, które wiązały mnie i środowisko, w którym żyłem. Zrywałem więzy wyrzekając się wszelkiego zła, nazywając je po imieniu, intronizując Jezusa w mym życiu, czyniąc Go jedynym Królem, Panem i Zbawicielem, niszczyłem wszelkie przedmioty i symbole, które związane były z bałwochwalstwem, takie jak piramidy, symbole okultystyczne i dalekowschodnie, płyty ze szkodliwą muzyką i grami, lektury, dyplomy ze szkoły sztuk walki i broń białą.