Św. Marcin de Porrès i jego walka duchowa

 

Marcin de Porres 

Uleczenia i wyzdrowienia

(…) Inne znaki Bożej łaski i płomiennej miłości, którą darzył Go Marcin, zostały zaobserwowane przez członków zgromadzenia, gdy promienie wspaniałego światła pojawiły się wokół niego jak najprawdziwsza aureola, a także gdy jego twarz płonęła również w ciemnościach blaskiem.

Marcin był wielce oddany swojemu aniołowi stróżowi i wszystkim aniołom świętym. One same wydawały się z kolei oddane jemu. Będąc szczególnie oddanym Maryi Dziewicy, Marcin zawsze brał aktywny udział w godzinkach, odmawianych we wczesnych godzinach porannych, najprawdopodobniej przed godziną trzecią w nocy. Pewnego razu musiał być na nie spóźniony lub stanęło mu coś na przeszkodzie, bo kilku zakonników widziało go pędzącego w asyście dwóch aniołów. Innego razu widziano go w eskorcie czterech aniołów, widzialnych w postaci pięknych młodzieńców trzymających świetlne pochodnie.

Kuszony przez szatana

Zły, rzecz jasna, nie mógłby przegapić takiej sytuacji. Pewnej nocy Marcin śpieszył się do szpitala. Niosąc ze sobą niemały ciężar, zapalony koksownik i przybory medyczne, postanowił skrócić swoją drogę. Klatka schodowa, którą wybrał, znajdowała się w tak złym stanie, że uznano ją za zagrażającą bezpieczeństwu przechodniów i opuszczono. O ile więc zakonnik wiedział, że nie powinien tego robić, nie spodziewał się, że spotka tam potwora.

– Co tu robisz, pomiocie Szatana!

Złowroga zjawa odpowiedziała Marcinowi, że jej zamiarem było zniszczenie duszy świętego i odmówiła rozkazowi opuszczenia jego boku. W obliczu tak oczywistego zagrożenia Marcin odłożył swój dobytek na ziemię, wyciągnął swój pas i ruszył w kierunku demona. Ten przestraszył się niespodziewanego ataku i przyczaił się w cieniu, z którego wypełzł. Dostrzegłszy to, święty chwycił rozpalony węgiel i z jego pomocą wykonał znak krzyża na pobliskiej ścianie. Demon uciekł. Następnego dnia Marcin powrócił w to miejsce, zawiesił drewniany krzyż w miejscu narysowanego i upewnił się, żeby w pobliżu schodów zawsze palił się ogień.

W pewnym momencie zwierzchnicy Marcina postanowili umieścić w jego celi towarzysza, brata Fulano de Miranda. Ten to zakonnik obudził się w środku nocy, słysząc głośne huki, ryki i jęki. Szybkie przeszukanie pomieszczenia wzrokiem nie wykazało żadnego nieporządku; to sprawiło, że zaczął podejrzewać jakąś demoniczną obecność. Wtem, jak stosownie ilustruje samo to wyrażenie, rozpętało się piekło. Ściany zatrzęsły się i wybuchły płomienie, wypełniając pokój dymem. Brat Fulano nie mógł swobodnie oddychać. Zamykając oczy w przestrachu, krzyknął do Marcina, by nie pozwolił mu się udusić. Jednak Marcin, który potrafił rozpoznać diabelskie sztuczki, kazał mu się uspokoić i zachować ufność w Boże wstawiennictwo. Poprosił go o otwarcie oczu. Piekielna iluzja minęła bez śladu; nie było żadnego pożaru, nic nie ucierpiało, wszystko stało w największym porządku jak wcześniej.

Ten incydent stał się obiektem zażartych dyskusji i został doniesiony do uszu ojca Andrzeja de Lison, który sprawował w tym czasie funkcję mistrza nowicjatu, a szanowany był szczególnie za swoją inteligencję i zdrowy rozsądek. Wypowiedział się wówczas:

– Wierzajcie mi, ten skromny brat to wielki święty! Powinniście darzyć go szacunkiem i naśladować jego zachowanie. Straszne wydarzenia, których opis właśnie usłyszałem, są świadectwem jego mocy nad demonami. Z pewnością nie była to pierwsza okazja, w której jego świętość – a zwłaszcza czystość i wiara – zwyciężyły zastępy piekielne!

Niemile widziany gość

Jedynym niemile widzianym gościem, który przekroczył próg pokoju umierającego, był diabeł we własnej osobie. Namawiał on Marcina, aby przestał odmawiać swoje modlitwy i zaczął patrzeć na siebie jak na świętego – święci przecież nie potrzebują modlitw ani miłosierdzia. Wobec tak podłych zamiarów nieczystego ducha zakonnik podwoił swoje pokorne starania, lecz nie udało mu się odgonić od siebie potwora. Trwał on dalej w swoim zamiarze przełamania woli człowieka, a bracia obserwowali tę walkę w napięciu, wspierając Marcina swoją szczerą modlitwą. W końcu jeden z nich nie wytrzymał i krzyknął: 

– Bracie Marcinie, nie kłóć się z demonem, który potrafi swoimi sofizmatami sprawić, by białe wyglądało na czarne i czarne na białe.

Na te słowa Marcin otworzył oczy i z łobuzerskim uśmiechem zapewnił zakonnika: 

– Bracie, nie lękaj się! Demon nie będzie marnował sofizmatów na kogoś, kto nie jest teologiem. Jest zbyt dumny, żeby używać ich przeciwko biednemu mulatowi!

W obliczu tak żartobliwej ironii Szatan przerwał swój atak na chwilę. Miał powrócić dopiero po jakimś czasie z nową taktyką, by przerazić Marcina i nakłonić go do zwątpienia. W tym momencie jednak święty zapewnił swych towarzyszy, że Maryja Panna, święty Józef, święty Dominik, święta Katarzyna z Aleksandrii i święty Wincenty Ferreriusz byli obecni przy jego łożu i wspierali go w tym trudnym momencie śmierci.

Gdy ta zbliżała się coraz bliżej, Marcin żarliwie przyjął ostatnie sakramenty. Po gwałtownym ataku dał znak, że nastał czas, aby zwołać członków zakonu. Nawet i uzdrowiony przez niego arcybiskup Meksyku zjawił się wśród licznych dominikanów. Objąwszy ręce na krucyfiksie, niegdyś tak często przez niego całowanym w modlitwie, Marcin poprosił o przebaczenie za wszystkie urazy, jakie kiedykolwiek komukolwiek mógł spowodować i wyznał, że zachowywał się zbyt niestarannie w swojej służbie Bogu. Poprosił też o modlitwy za swoją duszę.

Zgromadzeni pogrążyli się więc w modlitwie za umierającego. Po wyśpiewaniu Salve Regina rozpoczęli recytację wyznania wiary. Przy słowach „Et homo factus est” („I stał się człowiekiem”) Marcin, z krucyfiksem w skrzyżowanych dłoniach i uśmiechem na ustach, odszedł z tego świata, przybierając wygląd jakby pogrążonego we śnie dzieciątka. Było to około godziny dziewiątej wieczorem dnia 2 października roku 1639. Marcin przeżył równe sześćdziesiąt lat swojego życia, czterdzieści cztery z nich spędziwszy na posłudze Pańskiej jako dominikanin.

Gdy modlitwy dobiegły końca, arcybiskup był do tego stopnia przejęty, że słowa więzły mu w gardle i nie mógł wydać z siebie nic ponad dwa zdania: 

– Moi drodzy, brat Marcin pokazał nam właśnie, jak powinno się umierać. To najtrudniejsza i najważniejsza lekcja, jakiej można się nauczyć.

 

 

Fragmenty książki „Ojciec ubogich – Święty Marcin de Porrès

 

  

Więcej…

Odwiedź nas na Facebooku.